czyli mania czytania i inne takie
Blog > Komentarze do wpisu
Alibi na szczęście - Anna Ficner-Ogonowska



Jeżeli szukacie książki pokrzepiającej, niosącej otuchę, pozwalającej uwierzyć, że nawet po najgorszej burzy wychodzi słońce - to jest książka dla Was.
Jeżeli macie dosyć wszechobecnej agresji, przemocy, wulgarności - to jest książka dla Was.
Jeżeli tęsknicie za zwykłymi bohaterami, takimi, jakich codziennie można spotkać na ulicy - to jest książka dla Was.
Jeżeli w literaturze chcielibyście odnaleźć bliskie Wam wartości - rodzinę, przyjaźń, miłość, dobroć, wsparcie, wiara - to jest książka dla Was.
Jeżeli dodatkowo jeszcze marzycie o przeczytaniu powieści napisanej pięknym językiem bez wulgaryzmów, bez nadmiernej potoczności, z wielką dbałością o każde słowo - to też jest książka dla Was.

Czy ma jakieś wady zapytacie? Owszem dla niektórych osób pewnie tak. Na przykład objętość i 'rozwlekłość'. Na początku i ja się zżymałam czytając ją, że strony przewracam a nic się właściwie nie dzieje. Potem jednak pomyślałam sobie, że jesteśmy już tak przyzwyczajeni do pędu za wszystkim, do tego, że i w książkach akcja zazwyczaj pędzi na łeb na szyję, że nie zauważamy życia. Tak, życia, bo ta książka jest bardzo życiowa - w końcu uznałam, że zaglądając do niej, zaglądam tak jakby do swoich znajomych, a przecież, kiedy kontaktujemy się ze znajomymi nie zawsze coś się u nich dzieje, prawda? Przez to tempo autorka zmusza nas do chwili spokoju, zamyślenia, wspaniale było w końcu poddać się jej rytmowi. Poza tym - akcja toczy się mniej więcej rok, zaczyna na rok po pewnych tragicznych wydarzeniach, które spotkały Hanię, główną bohaterkę - czy naprawdę w życiu wszystko potoczyłoby się dużo szybciej w takiej sytuacji?

Jednym z zarzutów, jakie są stawiane tej książce, jest też 'cukierkowość', ale dla mnie to właśnie siła tej powieści. I, tak sobie jeszcze pomyślałam, jak to się dziwnie dzieje, że za coś denerwującego, irytującego poczytujemy to, co jest jak najbardziej normalne, co powinno być normą? Dlaczego miłych, dobrych, niezbyt szalonych bohaterów uważamy za nierealnych?

A o co tak naprawdę chodzi? Mamy tu Hanię Lerską (i tu też objawia się wyczulenie na słowa autorki - ten dobór nazwiska - 'pindalerska' już weszła do mojego słownika :) ), młodą polonistkę, która, po wspomnianych już tragicznych wydarzeniach, próbuje poskładać swoje życie na nowo z pomocą przyjaciółki-prawie siostry Dominiki, swojego całkowitego przeciwieństwa oraz zaprzyjaźnionej pani Irenki, gospodyni nadmorskiego domu, w którym Hania z rodzicami spędzała każde wakacje. Nagle w ten jej zbudowany z trudem spokój wkracza Mikołaj, architekt, który wszelkimi dostępnymi środkami będzie walczył o miłość. Ale na wszystkim cieniem kładzie się przeszłość Hani - czy po tym, co ją spotkało, można jeszcze być szczęśliwym?

Akcja toczy się leniwie w wielu różnych, bardzo plastycznie opisanych miejscach - w Warszawie w pięknym domu Hanki, biurze Mikołaja, liceum, w którym Hania uczy, ale także na cmentarzu; nad morzem w pełnym ciepła domu pani Irenki oraz w Pradze, która odegra ważną rolę. Fantastycznie są zbudowane postaci z drugiego planu - nauczycielka Aldonka, pani Irenka, jej córka Iwonka i wnuczki Ula i Zuza, ciocia 'z Ameryki" Hanki, znajomy z cmentarza (ten od wiatrów rodzaju męskiego i żeńskiego;) ), rodzice Mikołaja.

Przepięknie autorka opisuje wiele z codziennych rzeczy, nabierają tu zupełnie innego wymiaru. Pozwalają uwierzyć, że wtedy, gdy robimy je dla kogoś, kogo kochamy, nabierają znaczenia. Jakie wspaniałe są na przykład święta Bożego Narodzenia u pani Irenki!

Na koniec jeszcze trochę o języku powieści. Przede wszystkim widać ogromną miłość do słowa, literatury. Niektóre rozdziały (choć trudno tu pisać o rozdziałach, nie ma ich w takim typowym rozumieniu) opatrzone są mottem - fragmentem z "Romeo i Julii" Szekspira. Autorka zaimponowała mi swoją erudycją - w tekst zgrabnie wplecionych jest wiele różnych funkcjonujących w naszym języku powiedzonek, ale także mnóstwo nawiązań do filmów i książek - będę musiała kiedyś na spokojnie przeczytać powieść jeszcze raz z długopisem w ręku, żeby je sobie wynotować - choć pewnie nie 'wyłapałam' nawet połowy :)

I, na deser, zostawiłam jeszcze dwie bakalie :) - przecudną historię o aniołku, który był smutny, bo go wcale nie było, historię, którą Hanka opowiada na dobranoc Uli i Zuzie - jest mądra, wzruszająca, taka, jakie powinny być bajki. A druga to króciusieńka przypowieść o skrzydłach i korzeniach pani Irenki, którą zacytuję na zachętę:

"Moja świętej pamięci mama zawsze powtarzała, że jak się człowiek rodzi, to dostaje od Najwyższego skrzydła i korzenie. Jak jest młody, to ma silne skrzydła, dlatego wszędzie chce polecieć, wszystko zobaczyć. Chce wciąż czuć na sobie powiew wiatru, który go popycha wciąż do przodu, wciąż dalej, i dalej. I jak tak się człowiek w młodości nalata, pobuja zdrowo na wietrze, to mu, koniec końców, skrzydła słabną, lat przybywa i wtedy siada sobie taki umęczony ludek na miejscu i obejrzeć się nie zdąży, a korzenie ma już zapuszczone i trzymają go one w tym jednym miejscu tak mocno, aż staje się takim starym, lekko spróchniałym drzewem, co to ani rusz go nie przesadzisz. A jak nie daj Boże ruszysz, to korzenie zniszczysz i drzewo wtedy umiera."



Książka z wydawnictwa Znak.

cyt. "Alibi na szczęście" Anna Ficner-Ogonowska, Kraków 2012, str. 163

sobota, 03 listopada 2012, maniaczytania

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: guciamal, *.rev.pro-internet.pl
2012/11/03 22:41:16
Też lubię czasami tę jak to nazywasz "cukierkowość" , byle nie była tak słodka, że aż zęby bolą. A dlaczego nie lubimy, tego co być powinno normą? bo może tak bardzo nas denerwuje, że to normą nie jest. Ja nie oglądam telewizji wcale, poza jednym, jedynym serialem- jest to strasznie, nieprawdziwy, nierealny i może dlatego wielu wkurzający serial Na dobre i złe. A wkurza, bo jest tak odległy od rzeczywistości, że aż żal. Ale ja lubię sobie powyobrażać, że gdzieś, kiedyś są, albo będą tacy lekarze, którzy będą przejmować się pacjentami i szpital, w którym można wyleczyć prawie każdą chorobę.
Pozdrawiam serdecznie
-
Gość: guciamal, *.rev.pro-internet.pl
2012/11/03 22:45:08
Aha i jeszcze jedno- denerwuje nas powolność, przyzwyczajeni jesteśmy do życia w biegu. To prawda. Byłam dziś w teatrze, gdzie sztuka biegła powoli, były momenty całkowitej, absolutnej ciszy. Z początku odniosłam wrażenie, że ciężko się było widzom odnaleźć w tym nicsięniedzianiu, bo my przyzwyczajeni do pędu, a tu nic, cisza. Dopiero po paru minutach człowiek zaczyna się przestawiać na inne tory i współ-przeżywa z bohaterem jego wewnętrzne dramaty i rozumie, że ta cisza jest po coś, a nie po to, aby przedłużyć spektakl. :)
-
2012/11/04 18:37:30
Guciamal - coś jest w tym, co piszesz. Ale może też być tak, że denerwuje nas to, co zwyczajne, normalne, bo powoli przywykamy do innych, gorszych rzeczy i niestety zaczynamy je traktować jak normę? A to o teatrze - bardzo ciekawe! Dlatego lubię czasem takie książki, które nie pędzą, a właśnie zmuszają do 'przysiądnięcia' :) Pozdrawiam również :)
-
Gość: Paula, *.sta.asta-net.com.pl
2012/11/10 00:02:38
Zapraszam do oceny : potomekprzeznaczenie.blogspot.com/
-
2012/11/24 23:16:07
A czy to nie jest kolejny poradnik jak żyć długo i szczęśliwie. Nie wiem jestem bardzo sceptyczna.
-
2012/11/25 11:52:04
Ultima_thule - witaj :) Nie, to na pewno nie jest książka w stylu 'rozlewisk', 'Judyty' i tym podobnych. Nie, poradnikiem na pewno bym jej nie nazwała. To po prostu powieść obyczajowa, owszem zdarzają się 'mądrości życiowe' wypowiadane ustami bohaterów, ale nie jest ani nachalne, ani natrętne.
Spis moli