|
czyli mania czytania i inne takie
piątek, 05 lutego 2010
Co widziały wrony - Ann-Marie MacDonald
Książka, która długo czekała na swoją kolejkę do czytania. Kupiłam ją już dawno temu, zaczęłam nawet, ale po paru stronach porzuciłam na bliżej nieokreślony czas. I pewnie stałaby sobie dalej spokojnie, gdyby nie Stosikowe losowanie u Anny. Została wylosowana, a więc ... trzeba było ją przeczytać ( nie oszukuję w tych losowaniach ;) ). I cóż - żałuję, że tak długo zwlekałam - to jest jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam! A z recenzją mam problem jeszcze większy, bo o tylu rzeczach chciałabym napisać, a uważać muszę, żeby za dużo fabuły nie zdradzić. To może najpierw fabuła w duuużym skrócie ( ponad 840 stron!): książka dzieli się jakby na dwie części - pierwsza obejmuje mniej więcej rok na przełomie lat 1962/1963, druga ma miejsce ok. dwudziestu kilku lat później. Kanada, mała baza wojskowa - latem 1962r. przybywa tu na kolejną zmianę rodzina - ojciec, matka i dwoje dzieci: dwunastoletni Mike i dziewięcioletnia Madeleine - główna bohaterka powieści. Ojciec obejmuje zarządzanie bazą, żona spełnia się w domu jako wzorowa gospodyni, dzieci chodzą do szkoły i zawiązują wiele przyjaźni. Jednak na życiu mieszkańców spokojnego zazwyczaj miejsca zaciążą dwa wydarzenia: śmierć dziewczynki, koleżanki Madeleine z klasy, śmierć, która była bardzo brutalna, a także "mała" afera szpiegowska, w którą został wplątany ojciec Madeleine. Zbrodnia zostaje ukarana, wszystko wraca do "normy". A jednak dwadzieścia kilka lat później Madeleine zaczyna miewać dziwne stany, zaczynają ją nękać różne dziwne dolegliwości, które łączą się z wydarzeniami z przeszłości. Postanawia więc ona wrócić do przeszłości i ostatecznie spróbować rozwikłać zagadkę. Wspomnę jeszcze, że tematy poruszane to m.in. molestowanie, homoseksualizm, problemy dojrzewania, odrzucenie, ale także poczesne miejsce zajmuje kryzys kubański, zimna wojna, zbrodnie hitlerowskie, odkrycia naukowe, NASA i loty kosmiczne. To tyle o fabule. Teraz o tym, co dla mnie jest dużą wartością dodaną tej historii - prawda i fakty. Przekopałam trochę internet, aby zweryfikować część informacji, które serwuje nam autorka. A jest tego naprawdę sporo. Zacznę może od wątku naukowo-nazistowskiego. Zawarte w książce informacje są jak najbardziej prawdziwe - historia amerykańskiego dążenia do bycia pierwszymi w Kosmosie naznaczona jest krwią niewinnych ofiar hitleryzmu i obłudą tajnych agencji - Wernher von Braun, pierwszy dyrektor centrum lotów kosmicznych był oficerem SS, rzeczywiście istniał zakamuflowany obóz pracy Mittelbau-Dora i naprawdę niestety miała miejsce operacja "Spinacz", polegająca na przerzuceniu do USA przez ich służby specjalne naukowców niemieckich, będących członkami NSDAP i SS, ratując ich poniekąd przed osądzeniem i skazaniem za zbrodnie hitlerowskie. Dodatkowo, po przeczytaniu kilku różnych notek o pisarce, np. tej, można wywnioskować, że jest to powieść, częściowo przynajmniej autobiograficzna. Tak, jak Madeleine, Ann-Marie przyszła na świat w bazie lotniczej niedaleko Baden-Baden w Niemczech, jej ojciec też był wojskowym, to, kim została Madeleine i z kim się związała w dorosłym życiu też jest podobne do drogi Ann-Marie. A teraz najważniejsze - podobnie jak Madeleine, autorka spędziła część dzieciństwa w podobnej bazie jak Centralia. Doszło tam wtedy do tragedii - zginęła młoda dziewczyna, sprawca został ukarany i osądzony. Młody czternastoletni wtedy chłopak - Steven Truscott, został w 1959 roku skazany na śmierć za ten czyn. Później karę zamieniono mu na więzienie, ale ... w 2007 roku, po tylu latach, wreszcie sąd orzekł, że to była pomyłka i Steven został całkowicie uniewinniony! To właśnie historia Stevena zainspirowała MacDonald. Na koniec jeszcze kilka uwag, bardziej dotyczących już samego sposobu pisania. To, co na początku irytuje - to tempo, przerzucałam kartki z myślą, kiedy wreszcie zacznie się jakaś akcja, a tam nic się nie dzieje. Potem jednak, patrząc wstecz, zauważałam, jak wiele się jednak wydarzyło. Poddałam się więc niespiesznej narracji i absolutnie przyznaję MacDonald medal mistrzyni świata w kreacji nastroju. Tak powoli, tak delikatnie, tak niezauważalnie prawie, dokonała przewrotu całkowitego - z sielskiej, radosnej, szczęśliwej atmosfery początku, na końcu zostaje smutek, żal, obrzydzenie, poczucie krzywdy i to, że to, co najgorsze mogło się zdarzyć- tu się zdarzyło. Książkę powinni przeczytać wszyscy rodzice - drugi mistrzowski medal za ukazanie psychiki dziecka, sposobu myślenia dziecka. Zwłaszcza po tym, kiedy okazuje się, że w szkole ma miejsce molestowanie. Rodzice nie łudźcie się - może się zdarzyć (jak zostało tu ukazane), że w naprawdę normalnej i mającej świetne więzi z dziećmi rodzinie, nie zauważy się krzywdy dziecka. Sposób, w jaki dziewczynki sobie z tym radziły i jak sobie tłumaczyły zachowanie nauczyciela jest porażający. Wiele razy w trakcie czytania wracałam myślami do szkoły i porównywałam koleżanki Madeleine do swoich, przypominałam też sobie to, o czym wtedy myślałam, czego chciałam, jak bardzo wszystkie małe dziewczynki są do siebie podobne i jakie to szczęście, że moja szkoła była bardziej "normalna". Podsumowując - czytajcie, czytajcie, czytajcie, nie zniechęcajcie się przydługim początkiem, poddajcie się rytmowi! Dodatkową zachętą niech będzie dla Was to, że piszę recenzję ponad miesiąc od jej skończenia i nadal jestem pod wrażeniem, i nadal często o niej myślę, i nadal męczę koleżanki opowiadając o niej. Dla mnie to jak już wspomniałam - jedna z najlepszych przeczytanych książek.
środa, 27 stycznia 2010
Jestem, jestem
Chciałam tylko napisać ( w razie gdyby ktoś się martwił :) ), że jestem, żyję, tylko kompletnie nie mam teraz głowy do pisania. Wczoraj miałam niemiłą przygodę, w perspektywie duże koszty, trochę niedogodności i bieganie po różnych instytucjach. Ale nic to, najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Jak tylko się ogarnę, muszę uzupełnić zaległe recenzje - ze Stosikowego losowania - "Co widziały wrony", a dodatkowo "Oskar i pani Róża" oraz "Kolacja z Anną Kareniną". Powoli zbieram też lektury do wyzwań - właśnie dostałam "Życie Pi" :), a w III rundzie Stosikowego losowania wybrany mi został ... "Rob Roy" :) Pozdrawiam.
czwartek, 14 stycznia 2010
Kolejne wyzwania czytelnicze
Hura! Ruszyły już kolejne wyzwania czytelnicze. Bardzo je lubię, bo dzięki nim dopisuję kolejne lektury do mojej listy "do przeczytania", poznaję zdania i opinie o książkach, które znam, a także mam świetną okazję ( przy niektórych z nich) do ruszenia wreszcie z półek książek, które od dawna czekają na przeczytanie. Jedno z dwóch nowych wyzwań to wyzwanie - Nagrody literackie. Mamy już Projekt Nobliści, teraz nadszedł czas na inne nagrody - na początek Nike, Orange Prize, Booker i nagroda Goncourtów. Na razie jeszcze nie wiem, co będę czytać w tym wyzwaniu, powoli się rozglądam :) Drugie wyzwanie jest znacznie bliższe memu sercu, bo chodzi o Amerykańskie Południe w literaturze, a jest to region, o którym kocham czytać, który kocham oglądać w filmach i o którym marzę, żeby tam pojechać na dłużej. Sporą część z listy książek już czytałam, ale tu mini-listę już mam. Wyzwanie to będzie motywacją do skończenia "Księcia przypływów" Pata Conroy'a, na którym utknęłam niestety jakiś czas temu, sięgnięcia w końcu po "Absalomie, Absalomie" Williama Faulknera i po dwie książki Johna Grishama - "Raport Pelikana" i "Ławę przysięgłych". To minimum, ale mam szczerą nadzieję, że będzie więcej :)
wtorek, 12 stycznia 2010
Persepolis II. Historia powrotu - Marjane Satrapi
Po przeczytaniu pierwszej części powieści graficznej Iranki Marjane Satrapi, wiedziałam, że muszę się dowiedzieć, co było dalej. Pierwsza część skończyła się wyjazdem Marjane do Austrii, wyjazdem - ucieczką przed wojną, reżimem, powrotem fundamentalizmu. Niestety również rozstaniem z rodzicami, babcią i bliskimi osobami. Jak spędziła Marjane te kilka lat w Austrii? Czy dobrze wykorzystała szansę na "lepsze" życie? Co spowodowało, że po paru latach zdecydowała się na powrót do Iranu? Czy i jak powrót zmienił Marjane? O nie, nie zdradzę tego, żeby nie zepsuć lektury. Na pewno odkryła kilka ważnych rzeczy, na przykład to, o czym nie myślimy codziennie - jak ważne żyć w zgodzie z samym sobą, jak istotne jest odnaleźć swoją tożsamość. Chociaż jest to komiks, historyjka obrazkowa - niby lżejsza forma i choć dużo tu specyficznego humoru, nie sposób nie zauważyć, że kryją się pod tym poważne treści - walka z reżimem, wojną, życie na "emigracji" (tęsknota za bliskimi, za krajem, brak zrozumienia), niemoc, bezsilność. Ale jak napisała sama Satrapi w jednym z epizodów: "Nie można się nad sobą użalać, póki sytuacja jest jeszcze do zniesienia, po przekroczeniu tej granicy jedynym sposobem na to, by znieść to, czego nie da się znieść, jest śmiech". Bardzo ciekawe, jakoś tak chyba bardziej widoczne, w tej części było dla mnie to, jak różni się obraz widziany przez nas w tej części świata od obrazu tych, którzy żyją w tamtym regionie. Był nawet jeden zabawny moment, który zwrócił mi wyraźnie na to uwagę - epizod z inwazją Iraku na Kuwejt - dla nas to była myśl, że chyba będzie trzecia wojna światowa, Marjane z ojcem widząc w telewizji reportaże z krajów zachodnioeuropejskich, gdzie ludzie kupowali w supermarketach mnóstwo rzeczy, żeby zrobić zapasy na wypadek wojny - patrzyli z osłupieniem, a potem zaczęli się śmiać w głos - dla nich, sąsiadów tych krajów, nie było to nic strasznego, nie powzięto żadnych środków ostrożności, życie toczyło się zupełnie zwyczajnie. Byłam bardzo sceptyczna, jeśli chodzi o komiksy, ale po I części "Mausa" i teraz po "Persepolis" zaczynają mi się podobać. Nie są to puste historyjki bez żadnej treści. Gorąco polecam!!!
niedziela, 10 stycznia 2010
Pszczółka Maja Gotujemy!
Jak pisałam jakiś czas temu, szukam jakiejś książki kucharskiej z potrawami - pomysłami dla dzieci. Wymarzonej jeszcze nie znalazłam, chociaż Ta, o której będzie ta notka byłaby blisko ideału, ale ...*
Jest to praca na podstawie opowiadań Waldemara Bonselsa "Pszczółka Maja i jej przygody" oraz "Boży ludek" opracowana przez zespół JUNIOR TV ( niemiecki program telewizyjny). Książęczka wydana przepięknie - twarda oprawa, śliski papier, bajecznie kolorowe zdjęcia pięknie i pomysłowo podanych potraw i rysunki postaci znanych nam rodzicom chyba nawet bardziej niż naszym dzieciom :) Mamy tu kilka praktycznych porad dla małych kucharzy, no i oczywiście przepisy, podzielone "funkcjonalnie": zdrowe śniadanie, pyszne przekąski, dania główne, słodkości, napoje i przepisy na dziecięce przyjęcia. Z ciekawych pomysłów i przepisów mamy tu na przykład na "bułkę z bananem" ( a właściwie bananowe rogaliki), regaty z paluszków rybnych, czekoladową pizzę, serdelkową dżdżownicę, płonące wigwamy czy świnki w ogródku owocowym. Jest dużo fajnych pomysłów na podanie "zwykłych" dań, jak kanapki, twarożek, jest trochę słodkości, ale dla mnie najciekawsze są przepisy na ciepłe dania główne, wykorzystam je i dla dorosłych :) Ogólnie polecam, zwłaszcza tym, którzy nie mają pomysłu, jak atrakcyjnie podać dzieciom zwykłe potrawy, żeby nabrały niezwykłego charakteru i zachęcały do zjedzenia. *Na koniec wyjaśnię, dlaczego na początku pojawiło się ale, za dużo jak dla mnie czekolady do smarowania i za dużo gotowców - półproduktów. Kocham gotować. Magdy Gessler przepis na życie - Magda Gessler
Dzisiejsza niedziela pod hasłem kulinarnym :) Mam do zrecenzowania dwie książki kucharskie, zakupione i przeczytane w ubiegłym roku, tak więc zaczynam :) Aha, polecam jeszcze styczniowy numer miesięcznika "Kuchnia" ( zakupiłam właśnie pierwszy raz), a w nim m. in. bardzo ciekawy artykuł "Jajko Columbo" o zwyczajach kulinarnych detektywa Columbo, felieton-rozmowę o księgach smakowitych, czyli książkach kucharskich właśnie i artykuł "Drink w wielkim mieście" - o fenomenie serialu "Sex w wielkim mieście" i drinkach dla serialowych bohaterek.
Jako pierwsza "Kocham gotować. Magdy Gessler przepis na życie". Bardzo byłam ciekawa jej książki kulinarnej, zwłaszcza po wizycie w jednej z jej restauracji. Przepisy w tej książce zostały pogrupowane kolorami, a każdy kolor przyporządkowany został jakiejś emocji, uczuciu. I tak mamy tu purpurę-pożądanie, żółć-zazdrość, róż-zaloty, pomarańcz-perwersję, czerwień-miłość, czerń-zdradę, biel-niewinność, brunatny-niechęć i zieleń-nadzieję. Przed każdą kolejną grupą przepisów mamy króciutki felieton - wprowadzenie i wyjaśnienie, dlaczego ten akurat kolor kojarzy się autorce z takim a nie innym uczuciem oraz rysunek autorki (absolwentki Akademii Sztuk Pięknych w Madrycie). Jeśli chodzi o same przepisy, to jeszcze nie odważyłam się nic wypróbować, ale chyba niedługo podejmę rękawicę :) Niektóre są proste, niektóre skomplikowane, do niektórych potrzebne będą nietypowe składniki, mamy też ciekawe połączenia smaków. Na pewno mam wielką chętkę na czarny czekoladowy tort wiśniowy i brunatną halvę z orzechów włoskich, a na pewno nie wypróbuję chrustu ze świńskich uszu ani sosu mózgowego do kotletów cielęcych. Jeśli chodzi o stronę graficzną, to tygrysy lubią najbardziej :) Pięknie wydana, w twardej oprawie, szyta, wydrukowana na przyjemnym papierze. Do tego mamy przepiękną kolorystykę ( w nawiązaniu do grup potraw) oraz smakowite zdjęcia. Polecam, zwłaszcza, jeśli tak, jak ja jakiś czas temu traficie na promocję ;) Puszyste ciasto czekoladowe
Przepis pochodzi z jednej z serii bardzo fajnych książeczek kulinarnych francuskich autorek - "Smaczne dania dla dzieci w wykonaniu pomysłowych mam" Stephanie de Turckheim i Aimee Langree. Bardzo łatwe w przygotowaniu - polecam nawet dla początkujących :) Mocno czekoladowe, nie za słodkie. Proporcje są raczej na małą foremkę. Ciasto powinno być chrupiące z zewnątrz, a w środku na granicy płynności. 200g gorzkiej czekolady rozpuścić razem z 50g masła (może być też więcej), dodać 150g cukru i odstawić na chwilę do ostudzenia. Potem wymieszać z 3 jajkami 70g mąki. Piec w rozgrzanym do 170 stopni piekarniku około 15 minut. Dodatkowo proponuję jako polewę wykorzystać mama gulum - nadaje się idealnie :)
czwartek, 07 stycznia 2010
Dom zły
Tamten rok był całkiem udany dla mnie, jeśli chodzi o wyjścia kinowe - udało mi się pójść kilka razy na filmy, które koniecznie chciałam obejrzeć. Jednym z nich był właśnie "Dom zły" W. Smarzowskiego, którego "Wesele" oglądałam już sama nie wiem, ile razy, i które uważam za bardzo dobry film. Jak więc określić ten film? Naprawdę bardzo, ale to bardzo trudno znaleźć odpowiednie słowo, które jakoś by go określiło oddając mu to, co jemu należne. Ograniczę się więc do opisania kilku moich odczuć, wrażeń i spostrzeżeń. Krótko o fabule: akcja filmu rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych - jesienią 1978r. kiedy to dochodzi do pewnej zbrodni oraz zimą 1982r. kiedy to milicja przeprowadza wizję lokalną na miejscu tej zbrodni. I tyle, więcej o fabule nie napiszę. Jest kilka scen, które są śmieszne, ale jest kilka takich, które dosłownie wbijają w fotel. Bardzo dobrze oddane zostały tamte czasy, dla młodych ludzi pewne rzeczy mogą wydać się dziwne, dla starszych, którzy pamiętają czasy komuny, stanu wojennego, czasy PGR-ów na chwilę cofnie się czas. Scenografia, kostiumy, rekwizyty użyte - żywcem przenoszeni jesteśmy w czasie. Film jest chwilami odpychający - wszyscy nie piją, a wręcz chleją wódę, wszędzie jest błoto, brud. I wszyscy przeklinają, ale, o ile w "Weselu" trochę mnie to raziło, tutaj to bardzo pasuje, tak, że właściwie nie zwraca się na to uwagi. Muzyka - znakomita, niepokojąca, podkreślająca dramaturgię akcji, ale nie narzucająca się, nie nachalna. Aktorzy - owacje na stojąco, czapki z głów - majstersztyk. Arkadiusz Jakubik i Bartłomiej Topa - rewelacja. Na koniec chciałabym podkreślić to, co mi się najbardziej podobało, a co zarazem było trudne do zniesienia chwilami. Reżyserowi udało się dokonać wielkie rzeczy (jak dla mnie o to chodzi w filmie) - aktorzy zagrali tak i całość jest tak zmontowana, że mamy wrażenie, że to nie film, tylko że przez przypadek ktoś zostawił włączoną kamerę w domu Dziabasów. Realizm i naturalność po prostu powalają na kolana. Dlatego - absolutnie - kto jeszcze nie widział - do kin marsz!
piątek, 01 stycznia 2010
Chlebek juliański
Na dobry rok - dobry chleb. Póki co, jedyny, jaki odważyłam się zrobić, ale po kilku udanych bardzo próbach, myślę, że w tym roku spróbuję jeszcze jakichś innych. Żeby nie było, że nie książkowo - przepis oryginalny* pochodzi z książeczki Małgorzaty Musierowicz "Całuski pani Darling". Nazwa pochodzi od Juliusza Cezara i jest dziś jak najbardziej w temacie, bo to ten cesarz zreformował kalendarz. Kalendarz juliański jest właśnie tym, według którego funkcjonujemy i obchodzimy dziś pierwszy dzień Nowego Roku :) W oryginale juliańską nutę nadaje chlebkowi czosnek, ale ponieważ ja go nie jadam, potrzebne były małe modyfikacje. Moja wersja: Można do niego dodać różne rzeczy zamiast tej cebulki, na przykład ziarna dyni, pieczarki drobno pokrojone, może być też na słodko z rodzynkami. * wersja oryginalna:
czwartek, 31 grudnia 2009
Szczęśliwego całego nowego roku!
Myślałam o podsumowaniu, ale chyba tylko krótko napiszę, że jak na warunki, w jakich czytam, to przeczytałam i tak sporo ;) Poza tym - mój osobisty duży sukces - zdążyłam zrecenzować na blogu wszystkie przeczytane w tym roku książki. Wiele zaczęłam, ale z różnych przyczyn jeszcze nie skończyłam ( co do niektórych to mam wątpliwości, czy kiedykolwiek). I tak naprawdę mam jedną zaległość - recenzję filmu - "Dom zły", ale to już zaraz na początku roku nadrobię :) Odkryciem roku dla mnie na pewno były wyzwania czytelnicze! To właśnie dzięki nim poznałam blogowiczki i blogowiczów, wzięłam się za przeczytanie książek, które w niejednym przypadku leżały na półce lata, zmobilizowałam się do pisania recenzji, a za tym w dużej mierze poszło to, że mój blog okrzepł i przeżył metamorfozę w blog o książkach :) Dziękuję Wam wszystkim i życzę przede wszystkim zdrowia, spokoju i czasu na czytanie :) |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
1a. 2010
1b. 2009
1c. 2008 - niepełny
1d. Książkowe - blogi
1e. Książkowe - różne
2a. Stosikowe losowanie u Anny
2b. Wyzwanie - Projekt Nobliści
2c. Wyzwanie - Nagrody literackie
2d. Wyzwanie - Amerykańskie Południe w literaturze
2e .Wyzwanie - Literatura na peryferiach
2f. Wyzwanie - Kolorowe czytanie
2g. Wyzwanie - Podróże w czasie
Czas wolny
Domowe inspiracje
Filmy
Inspiracje kulinarne
Przepisy różne, osobiście przeze mnie wypróbowane
Ulubione
Tagi
Popieram akcję:
Mapa literackich podróży:
visited 30 states (13.3%) Create your own visited map of The World |