czyli mania czytania i inne takie
sobota, 02 czerwca 2012
Karmel (Sukkar banat)


Fajny film wczoraj widziałam... Chociaż nie, to nie było wczoraj, tylko w czwartek, w czwartkowym cyklu filmowym na TVP2 - "Kocham Kino". Od jakiegoś czasu można w jego ramach obejrzeć wiele naprawdę świetnych filmów z różnych stron świata.

"Karmel" to film młodej libańskiej reżyserki Nadine Labaki. Film dla mnie świetny, przepiękny, klimatyczny. To film o kobietach i chyba jednak ... dla kobiet bardziej. Oddziaływuje niezwykle na zmysły i na uczucia. Wiele razy śmiech przeplata się ze łzami, jak to w życiu. Bo też i to film o życiu właśnie, co więcej mamy wrażenie, jakbyśmy tylko na chwilę do życia bohaterek zajrzeli. Koniec jest otwarty, bo przecież wszystko toczy się dalej.

Kobiety łączy jedno miejsce - salon piękności w Bejrucie - kilka z nich w nim pracuje, kilka jest po prostu klientkami. Mężczyźni są obecni w ich życiu, ale ich prawie nie widzimy, są gdzieś na "orbicie", choć czasem to wokół nich się toczy akcja.

W filmie poruszono wiele wątków - między innymi problemy współistnienia muzułmanów i chrześcijan, problemy z akceptacją upływającego czasu, zdrada, kłamstwo, zbyt późno pojawiające się uczucie, kwestie przyjaźni, lojalności, ale także sprawy tożsamości płciowej. Z wielu scen największe wrażenie zrobiły na mnie sceny spotkań Layale (właścicielki zakładu) z żoną jej kochanka, zachowanie tej żony - jakże rzadko spotykane w takich sytuacjach, godne podziwu!, scena w klinice z Julie Pompidou rozśmieszyła mnie do łez, a scena, gdy jedna z bohaterek - Rose przygotowuje się do randki przyprawiła mnie o łzy smutku i żalu.

Są chyba trzy elementy, na które bardzo zwracam uwagę w filmach - muzyka, zdjęcia i gra aktorska. W tym wszystkie trzy elementy "zagrały" idealnie. Muzyka była piękna, trochę smutna, liryczna, bardzo pasowała do tematyki (ale co się dziwić - kompozytorem jest wtedy narzeczony, dziś mąż Nadine). Zdjęcia absolutnie cudowne, urzekające, budujące klimat, nastrojowe, takie trochę "przydymione", fantastyczne!

A aktorki (bo głównie to jednak o nie chodzi) były świetne. Co więcej, już po filmie dowiedziałam się, że właściwie żadna z nihc nie była profesjonalną aktorką! Nadine długo szukała odtwórczyń, ale te, które znalazła - wow! - one rzeczywiście nie grały, one po prostu były tymi bohaterkami, do tego miały niesamowitą chemię między sobą.

A skąd tytuł - można by zapytać? Tytuł doskonale do filmu pasuje - karmel to jeden ze środków, które Nadine w roli Layale wykorzystuje do depilacji. Środek, który sprawiając, że się "pięknieje" czyni też ból. I przenosi się to na cały film i życie - wszystko jest jak karmel - trochę słodkie, trochę słone, jest bardzo przyjemne, ale i oparzyć może.

Jeżeli jeszcze nie widziałyście/ nie widzieliście - polecam gorąco!
niedziela, 15 stycznia 2012
Dziewczyna z tatuażem (The Girl with the Dragon Tattoo)


Kto czytał moją recenzję "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", ten wie, że książka spodobała mi się średnio. Ekranizacji szwedzkiej nawet nie miałam ochoty oglądać. Sama sobie się więc dziwiłam, że nie mogłam się doczekać wersji amerykańskiej (cóż, nazwisko reżysera "Gry", "Siedem", "Fight Club" czy "Zodiaku" - Davida Finchera jest już marką samą w sobie!) i odliczałam dni do premiery :) I już dzień po udało mi się film obejrzeć.

I? I bardzo mi się podobał! Jest dużo lepszy od książki. Dość wiernie zresztą jej się trzyma (poza jednym szczegółem zakończenia, jak dla mnie i tak jednak wiarygodnym i pasującym), jednocześnie pomijając niektóre dłużyzny i nudy książkowe. Film też jest długi (ok. 2,5 godziny), ale w ogóle tego nie czuć, a nawet jeśli trafiają się sceny, które w innych filmach uznałabym za niepotrzebne rozciąganie "taśmy", to tutaj w pełni pasują do tempa narracji.

Teraz szczegóły :) - Zaczyna się świetną czołówką - grafika i dobór muzyki - mistrzostwo! A potem jest już tylko lepiej. Sceneria - Sztokholm (piękne miasto swoją drogą), Hedestad i wyspa Vangerów - dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. Surowe piękno zimy, piękne "okoliczności przyrody" i znakomicie dobrane domy i mieszkania budowały klimat filmu. Podkreślała go znakomita muzyka Trenta Reznora - kiedyś przeczytałam, że dobra muzyka filmowa to taka, której się nie pamięta, bo nie przytłoczyła filmu - i tu tak właśnie było.

Muszę przyznać, że na plus zaskoczyła mnie także wielka dbałość o szczegóły typu wyposażenie domku Mikaela na wyspie, czy  itp. Trochę bałam się drastycznych scen (zwłaszcza tych z kuratorem Bjurmanem) - niepotrzebnie, nie było źle, spokojnie dałam radę je obejrzeć.

Na koniec może o aktorach - czy jak napiszę, że właściwie wszyscy wyglądali tak, jak ci książkowi w mojej głowie, to nie będziecie się śmiać? Może jedynie Bjurman był trochę inny, pozostali - strzał w dziesiątkę! Począwszy od rewelacyjnej Rooney Mara w roli Lisbeth - zdystansowanej, chłodnej, wycofanej, ale i przecież uczuciowej, czującej. Daniel Craig nadał Mikaelowi Blomkvistowi taki rys, który sprawił, że bardziej go polubiłam i czułam do niego większą sympatię niż książkowego (choć i tak na końcu znowu mnie wkurzył ;) ). Pozostałe postaci drugoplanowe to również wspaniałe kreacje aktorskie - wymienię choćby Stellana Skarsgarda (Martin Vanger), Christophera Plummera - (Henrik Vanger) czy Joely Richardson jako Anita.

Wiem, że moja recenzja jest trochę chaotyczna, ale wolałam ją napisać w miarę na gorąco :) Zresztą, co tu się rozpisywać - to po prostu trzeba zobaczyć!!!
sobota, 19 listopada 2011
Listy do M.


Ze specjalną dedykacją dla trójki moich znajomych 'filmomaniaków' z forumowych "Ojejków" :)

Jeżeli ten plakat kojarzy Wam się z innym filmem, również w klimacie "świątecznym", to jest to skojarzenie jak najbardziej słuszne. Chociaż z filmem "To właśnie miłość", poza plakatem, przeplatającymi i łączącymi się wątkami nie ma już wiele więcej wspólnego. Jest podobny w klimacie, ale taki "nasz", polski (chociaż reżyser Mitja Okorn to nie Polak), co tylko wyszło mu na dobre.

Cała akcja rozgrywa się właściwie w jeden dzień - Wigilię Bożego Narodzenia. Od rana główni bohaterowie stykają się z różnymi nieprzewidzianymi do końca sytuacjami. Młody wdowiec, samotnie wychowujący synka, dowiaduje się od swojej nieczułej szefowej, że wieczór wigilijny musi spędzić w pracy wbrew wcześniejszym ustaleniom. Policyjnemu psychologowi w czasie kolejnego wezwania przytrafia się mały "cud", który przewróci jego rodzinie wigilijną rutynę. Pewien mężczyzna zaproponuje transport małej dziewczynce, która wniesie w życie jego i jego żony wiele kolorów ( i to dosłownie). Właściciel wypożyczalni strojów świątecznych oraz agencji "mikołajowej" będzie musiał wreszcie stawić czoło matce, która od lat zaprasza go na wieczerzę wigilijną z jego drugą połówką. Piękna młoda kobieta oczekuje samotnie, choć w konsekwencji świadomego wyboru, przyjścia na świat swojego synka, inna z kolei marzy o wielkiej miłości, która trafi ją jak ... śnieżka prosto z nieba ;) , a przebrany święty Mikołaj będzie musiał zweryfikować swoje podejście do życia.

Niektóre historie brzmią nieprawdopodobnie? niemożliwie do spełnienia? To nic, ten film to po prostu bajka jest - i chociaż gdzieś tam w głębi mojej głowy coś stuka, to ja i tak bardzo chcę uwierzyć i wierzę przez chwilę w filmową piękną rzeczywistość.

Bo też i realizacyjnie jest naprawdę dobrze. Przepiękne zdjęcia Warszawy i okolic w zimowych krajobrazach autorstwa Mariana Prokopa, wysmakowana i bardzo drobiazgowa scenografia, świetnie dobrana muzyka. I oczywiście nie zabrakło również znakomitego aktorstwa. Mnie najbardziej przypadli do gustu dwaj panowie - Piotr Adamczyk i Maciej Stuhr, ale na pewno nie gorzej od nich spisali się Wojciech Malajkat, Leonard Pietraszak ("Sherlock" ;) ) oraz panie - doskonała w każdym calu Agnieszka Wagner, Roma Gąsiorowska-Żurawska oraz błyszcząca komediowym blaskiem Beata Tyszkiewicz. I nawet aktorzy, za którymi zazwyczaj nie przepadam, nie drażnili mnie i oglądałam ich z przyjemnością. Ale tak naprawdę serce skradli mi dwaj chłopcy - Adam Tyniec w roli Kacpra, który zawiera 'bliższą' znajomość z przebranym za Mikołaja Melchiorem oraz przeuroczy (mam nadzieję, że go sława nie zmieni w zmanierowana 'gwiazdę") Jakub Jankiewicz jako Kostek (oglądam go też w "Czasie honoru" - jest genialny!).

Ja się i głośno pośmiałam, i popłakałam kilka razy - emocje są! Bardzo mi się podobało i na pewno "Listy do M." wejdą na stałe do mojego prywatnego kanonu filmów bożonarodzeniowych.

W przedświąteczny czas wybierzcie się do kina i dajcie zaczarować. Każdy w święta marzy o podobnych rzeczach i chce wierzyć w świąteczną magię. Niech Wam się spełni :)
niedziela, 29 maja 2011
Kochanice króla (The Other Boleyn Girl)


Na początek napiszę, że naprawdę podziwiam fantazję tych, którzy nadają filmom zagranicznym polskie tytuły. Najczęściej dość słabo odnoszą się one do treści filmu i zmieniają znaczenie lub przenoszą akcenty. Tak jest i w przypadku tego filmu. Owszem, obie siostry Boleyn były rzeczywiście "kochanicami" króla Henryka VIII, ale w filmie, jak dla mnie, przedstawiona jest historia tej mniej znanej, "the other Boleyn girl" - Marii (chociaż jestem otwarta na dyskusje!). Dla ścisłości - historia według domysłów Philippy Gregory, bo na podstawie jej powieści powstał scenariusz.

Film zaczyna i kończy się podobną sceną - beztroską zabawą trójki małych dzieci - dwóch dziewczynek i chłopca. Sceny wręcz sielankowe, a jednak oddzielone takim ogromem nieszczęścia, intryg, zdrad. Dzieci z pierwszej sceny to Maria, Anna i Jerzy Boleyn, dzieci z ostatniej to córeczka i syn Marii oraz Elżbieta, córka Anny.

Nie będę opisywać fabuły, bo tkają ją wydarzenia znane dobrze z historii Anglii - brak męskiego potomka w małżeństwie Henryka i Katarzyny Aragońskiej, intrygi księcia Norfolk (wuja sióstr Boleyn), romans Henryka z Marią, intrygi Anny, rozwód króla, rozłam kościoła, niezbyt szczęśliwe małżeństwo Anny i Henryka, wreszcie oskarżenie Anny o cudzołóstwo i kazirodztwo, co doprowadziło do pierwszej w historii egzekucji królowej.

Ale i tak jest to film o Marii. Bardzo ciekawy pomysł na nią miała Philippa Gregory moim zdaniem. Maria w filmie jest delikatną, czułą, szczerą kobietą, która prawdziwie pokochała króla, a nie zaszczyty i przywileje związane z byciem królewską faworytą. Król cenił sobie jej zdanie, ufał jej. Maria przeżyła całą gamę uczuć - radość i szczęście z małżeństwa z kochającym ją mężczyzną, upokorzenie i ból, kiedy jej własna rodzina pcha ją w ramiona króla, uroki zakochania, miłość do króla, rozpacz, rozgoryczenie zdradą siostry. A jednak w razie potrzeby wciąż stawia się na wezwanie rodziny, wciąż próbuje pomóc siostrze, do ostatniej chwili wierzy, że jej interwencja u króla spowoduje ułaskawienie Anny.

Film kończy się egzekucją Anny i tu muszę się przyznać do pewnej słabości. Trudno Annę lubić, była manipulantką, intrygantką, pożądała właściwie tylko pozycji społecznej, nie kochała Henryka, doprowadziła do przełomu, który już na zawsze odcisnął się na kraju, ale mimo wszystko nie zasłużyła na swój los. I czy czytam o tym w książce, czy oglądam w filmie, jej egzekucja zawsze robi na mnie przygnębiające wrażenie, nie sposób nie uronić łez myśląc o tej kobiecie, która zaplątała się w tryby historii, o jej osieroconej córce i o całej nieszczęśliwej rodzinie.

A Maria? Maria na szczęście dożyła spokojnie swoich dni u boku kolejnego męża. A z Henryka VIII historia postanowiła zakpić - wszystkie jego działania ukierunkowane na zostawieniu męskiego następcy tronu spełzły na niczym, a jednym z potężniejszych władców na angielskim tronie została córka jego i Anny - Elżbieta I.

Jeśli chodzi o sam film, to jest on niezwykle piękny. Wspaniałe plenery, ciekawe wnętrza, cudowna muzyka. I znakomite kreacje aktorskie, zwłaszcza głównych bohaterów: Eric Bana jest wspaniały jako Henryk VIII, Natalie Portman w roli Anny bardzo mnie zaskoczyła, a Scarlett Johansson z właściwą jej delikatnością wcieliła się w Marię. W rolach drugoplanowych wypatrzyć można m.in. moją ulubioną angielską aktorkę Kristin Scott Thomas w roli matki rodzeństwa Boleynów oraz Davida Morrisseya (pułkownika Brandona z nowszej wersji "Rozważnej i romantycznej") jako lorda Norfolk.

Dla miłośników filmów kostiumowych - koniecznie do obejrzenia!
sobota, 12 lutego 2011
Weekend (2011r.)


Na film w reżyserii "króla polskich komedii" Cezarego Pazury wybierałam się z ogromną dozą nieufności. Po pierwsze - niezbyt za samym Panem Cezarym przepadam, po drugie polskie komedie z reguły nie są śmieszne, po trzecie - pewnie, jak zwykle będzie przaśnie.

Na całe szczęście moje obawy szybko zostały rozwiane. I choć dowcip chwilami jest taki mocno "seksistowsko-wulgarny" - to jest to część konwencji. A i wulgaryzmy pasują gangsterom dużo bardziej niż "wyzwolonym" bohaterkom "Lejdis".

Trudno napisać coś o fabule, bo najciekawiej jest samemu śledzić zaplątywanie i rozplątywanie zazębiających się wątków. Ogólnie rzecz biorąc - jest zbrodnia, trup się ściele, grupy gangsterów wchodzą sobie w drogę celowo lub przypadkiem, aby wejść w posiadanie pewnej tajemniczej walizki. Dodatkowo równolegle prowadzone jest śledztwo policyjne, które oczywiście połączy niektórych bohaterów.

Intryga jest klarowna, przeprowadzona dobrze od początku do "the endu", nie tak, jak w niektórych polskich filmach, że do końca filmu, a nawet i potem nie wiadomo, o co chodziło.

Motywy z Tarantino i Lyncha (cała galeria dziwaków itp.), inspiracje filmami Guya Ritchie (super grupa Gypsy :) ) widoczne wyraźnie, ale nie żywcem zerżnięte i przeniesione w nasze realia, tylko do tych realiów dostosowane. Widać zabawę konwencją.
 
Na uwagę zasługuje też realizacja - nie ma tej polskiej przaśności, której się obawiałam, jest naprawdę poziom zachodni - i w znakomitych zdjęciach, i w dynamicznym montażu, i w świetnych scenach pościgów samochodowych (genialni kierowcy musieli swoją drogą prowadzić te auta), do tego świetna, rewelacyjna wprost muzyka Filipa Siejki.

Osobna sprawa - aktorzy - Jan Frycz absolutnie wymiata :) , Paweł Małaszyński pierwszy raz od dawna mało drewniany i naprawdę przystojny ;) , bardzo dobry Paweł Wilczak, o dziwo również - Antek Królikowski; trochę mało kobiet, ale dają radę - i Małgorzata Socha w większej roli, i Adrianna Biedrzyńska w epizodzie, ale jakim! ;) W epizodach zresztą także dwie trzecie kabaretu Ani Mru Mru :)))

Jeśli nie nastawiacie się na jakieś ambitne kino, chcecie czasem takiego czegoś po prostu rozrywkowego - polecam!
niedziela, 23 stycznia 2011
Córka Russellów (The Russell Girl)


Miałam nie pisać o tym filmie, bo już raz go oglądałam kiedyś. Ale był emitowany ponownie jakieś dwa tygodnie temu, kiedy akurat czytałam "Dom tysiąca nocy". I chociaż to zupełnie inna historia, tak mi się jakoś skojarzyły przez jeden motyw (kto czytał i/lub oglądał, będzie wiedział, o jaki motyw chodzi).

Sarah Russell (Amber Tamblyn) jest młodą dziewczyną, przed którą świat stoi otworem. Jednak prawie jednocześnie dowiaduje się, że została przyjęta na wymarzoną medycynę oraz, niestety, że zachorowała na białaczkę. Postanawia powrócić do domu rodzinnego, żeby powiedzieć o tym rodzicom. Okazuje się, że Sary nie było w domu kilka lat i nie wszyscy będą ją witać z radością.

Mieszkająca naprzeciwko domu Russellów sąsiadka, Lorainne Morrisey ( w tej roli "jedynie słuszna" Elizabeth Bennet, czyli Jennifer Ehle), przeżywa w związku z powrotem Sary bardzo trudne chwile. Z wielką siłą wracają do niej wspomnienia tragedii sprzed tych kilku lat i sprawiają, że Lorainne wychodzi ze swojej bezpiecznej "skorupy".

Co takiego wydarzyło się kilka ta temu? W jaki sposób Lorainne i Sarah mogą pomóc sobie nawzajem? Nie odpowiem, musicie obejrzeć, popsułabym tylko film.

Akcja bowiem toczy się bardzo niespiesznie, stopniowo odkrywana jest główna tajemnica, choć można się jej domyślić. Film w piękny, delikatny i wyważony sposób pokazuje, jak różnie można przeżywać życiowe tragedie, jak ważna jest rozmowa między ludźmi i że czasami trzeba pozwolić innym sobie pomóc.

Bardzo polecam ten niezwykle wzruszający film!
sobota, 15 stycznia 2011
Droga żelazna
Dzisiejsza notka miała być o czymś innym, ale wczoraj obejrzałam drugą część filmu "Droga żelazna" (pierwsza była tydzień wcześniej) i pomyślałam sobie, że warto chociaż o nim wspomnieć (zwłaszcza, że skojarzył mi się z "Na wschód od Edenu" * ).



Film opowiada historię chińskich robotników, sprowadzanych masowo do Kanady pod koniec XIX wieku do budowy kolei. Chińczycy mawiali, że jadą na "Złotą Górę". Dlaczego? Dlatego, że werbownicy wmawiali im, że wszystko złoto, które znajdą przy okazji pracy przy układaniu torów, będą mogli zatrzymać dla siebie. Dla cierpiących biedę ludzi nie było lepszego wabika, zwłaszcza, gdy wierzyli w te legendy o amerykańskim złocie.
A jak wyglądała prawda? Trochę tak, jak pokazano w filmie, który dedykowany jest wszystkim Chińczykom, którzy zmarli podczas tych prac. Praca była bardzo ciężka, na milę torów umierało trzech Chińczyków. Wypadki zdarzały się często, do tego dochodziło bardzo złe wyżywienie i warunki bytowe i nierzadko wyzysk pracodawców, którzy chcieli jak najwięcej, jak najszybciej, nieważne jakim kosztem.

W filmie oglądamy budowę jednego z odcinków linii kolejowej, odcinka trudnego, który musi "przebić się" przez skały. W tej scenerii rozgrywa się piękna i delikatna bardzo historia miłosna, miłości niemożliwej do spełnienia. Oto James Nichol (Luke Macfarlane) syn właściciela firmy, która buduje żelazną drogę przypadkiem trafia do Chin po zagubioną "partię" robotników i wraz z nimi przywozi młodego chłopaka z fabryki fajerwerków -Małego Tygrysa. Tylko, że Mały Tygrys (Betty Sun) to tak naprawdę dziewczyna, która poszukuje swojego ojca, który wyjechał na "Złotą Górę", gdy ona była dzieckiem. James i Mały Tygrys zakochują się w sobie, ale czy ich miłość, miłość osób z dwóch różnych światów ma szanse się spełnić?



Jest też bardzo ciekawy motyw "sabotażystów" oraz bardzo interesująco pokazane, jak wyglądała praca przy budowie kolei, jak robiono wybuchy kontrolowane, jak właściwie powstawały tak wielkie osiągnięcia jak kolej transkontynentalna - Kanadyjska Kolej Pacyficzna.
Dodatkowe plusy filmu to piękne, zapierające czasem dech krajobrazy Kanady oraz świetna obsada. Postaci zresztą nie są jednoznacznie, zmieniają się, dojrzewają. Naprawdę piękny film - polecam!

* W czasie oglądania nieustannie miałam w głowie fragmenty z "Na wschód od Edenu". Tam była taka niesamowicie smutna historia rodziców Chińczyka Li, kogoś więcej niż służącego Adama. Jego rodzice też z powodu biedy udali się na "Złotą Górę", jego matka podobnie  jak Mały Tygrys udawała mężczyznę. Jak skończyła się ich historia? Musicie to przeczytać!




czwartek, 13 stycznia 2011
Świąteczne filmy do świątecznego wyzwania
Kończy się już niedługo wyzwanie świąteczne, z żalem pewnie przyjdzie mi je owinąć w jakiś ładny papier opakowaniowy, pozostały po innych prezentach świątecznych i schować na jakąś górną półkę biblioteczki. Ale tylko po to, żeby pod koniec listopada wyciągnąć je z wielką radością, zdmuchnąć kurz i czekać na nowe inspiracje :)

Tymczasem pozostała mi do napisania recenzja filmowa. Obejrzałam sporo świątecznych filmów i długo się zastanawiałam, który wybrać do zaprezentowania. Ostatecznie wybrałam dwa - zupełnie z dwóch różnych biegunów. Chociaż, czy na pewno?

Pierwszy to "W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju!". To nasz absolutny numer jeden wśród filmów świątecznych i nasza mała tradycja bożonarodzeniowa - bez tego filmu święta byłyby nieważne :)

Film ten to komedia o rodzinie Griswoldów. Clark ( w tej roli Chevy Chase) wymarzył sobie prawdziwe rodzinne święta, zaprosił więc rodziców i teściów, z czego nie do końca zadowolona jest reszta rodziny - żona i dwoje dzieci. Przygotowania do idealnych świąt idą pełną parą, Clark cieszy się na świąteczny prezent od firmy i nawet nowocześni sąsiedzi ( którzy nie obchodzą świąt) nie są w stanie popsuć mu humoru. Ale jak to w typowej komedii opartej na gagach słownych i sytuacyjnych nie wszystko idzie zgodnie z planem, a właściwie to zupełnie na odwrót. W filmie wyśmiane zostają praktycznie wszystkie elementy kojarzące się ze świętami, ale na końcu i tak sprawdza się stara prawda: w święta najważniejsza jest rodzina!
Polecam bardzo do obejrzenia, humor co prawda balansuje czasami na granicy dobrego smaku, ale żarty są "z życia wzięte" ;) Moja ulubiona scena to ta, kiedy Clarkowi udaje się wreszcie zapalić te sto milionów pieczołowicie przytwierdzanych wokół domu lampek :))) i komentarze rodziny!


Drugi film jest zupełnie inny - to ciepła, delikatna opowieść o wartościach w święta najważniejszych - rodzinie, przyjaźni, miłości, wybaczaniu. "Świąteczne dzwonki" to bardzo miły film na świąteczne leniwe przedpołudnie lub wieczór po świątecznym spacerze.


Film opowiada historię Catherine (Anne Heche) i Chrisa (Tate Donovan). Obydwoje stracili swoich małżonków. Catherine oddała się całkiem pracy w muzeum i nie myśli o nowych znajomościach. Chris po śmierci żony próbuje dojść do siebie i opiekuje się dziećmi - synem i córką. Niestety Danny, nie chcąc utknąć na rodzinnej farmie choinek (a taką karierę przewidział dla niego ojciec), ucieka do Nowego Jorku i próbuje dostać się na studia. Ojciec przyjeżdża więc do miasta i przy okazji sprzedaży choinek próbuje go znaleźć. Niedługo losy Chrisa i Catherine się połączą. Danny robi bowiem piękne zdjęcia, które kupuje od niego Catherine. Czy dojdzie do zgody ojca i syna? Jaką rolę w tym spełnią tytułowe "srebrne dzwonki"*? Czy uda się przezwyciężyć smutek, żal i wzajemne pretensje? Obejrzyjcie sami! :)
Ja daję dodatkowego plusa za przepiękną nowojorską ślizgawkę (od zeszłego roku jeździmy rodzinnie na łyżwach - jest super!) :)



*tytuł angielski to "Silver bells"


poniedziałek, 27 grudnia 2010
Zaczarowana (Enchanted)


Wcale nie miałam zamiaru tego oglądać, nie, nie. Ale ... był wczoraj w drugi świąteczny wieczór w telewizji. I jakoś tak ... wciągnęłam się - chyba nawet duże dziewczynki  lubią od czasu do czasu historie o biednych "kopciuszkach", wspaniałych książętach i złych królowych :)

Film jest wariacją na temat starej jak świat historii o Królewnie Śnieżce. Tylko, że tym razem to książę ma Złą Macochę, która biedną Giselle odsyła do innego świata, żeby przez swoje zamęście nie odebrała jej władzy. Bajka, jak to u Disneya, animowana (śliczne obrazki, śpiewanie jak w wersji klasycznej) w tym momencie przemienia się w "normalny" film, bo Giselle trafia nie gdzie indziej, tylko do naszego świata, wprost w nowojorski wieczór. Tu trafia przypadkowo do domu samotnego ojca Roberta i czeka cierpliwie na swojego księcia z bajki, bo jest pewna na 100%, że on po nią przybędzie.

Czy rzeczywiście tak się stanie? Jak wypadnie zderzenie cudownie naiwnej dziewczyny posiadającej jednakże niezwykłe umiejętności z brutalną rzeczywistością odartą z magii? Czy jednak do końca nasza rzeczywistość nie jest czarodziejska, czy może my zabiegani nie dostrzegamy tych czarów? Sprawdźcie sami, jeśli kiedyś będziecie mieć nastrój na bajkę :)

Dodatkowy element filmu to piękne piosenki (zwłaszcza sekwencja w Central Parku) i muzyka (przepiękny walc na balu, bo jakby mogło zabraknąć balu w takim filmie?).

Jedyne, co mi przeszkadzało to ... polski dubbing, ale nie było tak źle.

A na koniec - obsada. Rysunkowe postaci zostały świetnie odwzorowane w rzeczywistości ( lub być może na odwrót?) i tak mamy śliczną, uroczą Amy Adams w roli Giselle, przystojnego, stonowanego Patricka Dempseya jako Roberta, ładnego jak z obrazka Jamesa Marsdena - obdarzonego pięknym głosem, choć z lekka tępawego księcia z bajki oraz wspaniałą Susan Sarandon w roli demonicznej Złej Macochy.

Polecam - obejrzyjcie i posłuchajcie piosenek :)


sobota, 31 lipca 2010
Tajemnica Edith - na podst. powieści Louisy May Alcott
 

Miałam wielką przyjemność obejrzeć go wczoraj, zupełnym przypadkiem. Na kanale "Puls" wieczorami są bloki bajek dla dzieci, właśnie się skończyły i już, już łapałam za pilota, żeby przełączyć na coś innego, gdy nagle pojawił się piękny obraz wiejskiej posiadłości, w takich barwach i światłach, jakie lubię oglądać, a do tego napis - "na podst. powieści Louisy May Alcott - The Inheritance". Pomyślałam sobie - "Małe kobietki" bardzo lubię, innych nie znam, więc chętnie popatrzę. I nie żałuję ani minuty! A notka dzisiejsza ma Was zachęcić do obejrzenia tego filmu, bo ... będzie go można zobaczyć już jutro o 17.30 na TV Puls :)

Będzie króciutko - jest wielka miłość, są kostiumy, a więc to, co tygrysy lubią najbardziej :) Do tego piękne widoki, piękne wnętrza, piękne stroje dam, miłe, nieopatrzone twarze. Jest piękna biedna dziewczyna, jest przystojny kawaler, jest dwulicowa intrygantka, jest w końcu i tajemnica.

Do filmu zachęcam głównie miłośniczki kostiumowych ekranizacji BBC - Amerykanie też nie mają się czego wstydzić! I chociaż historyjka naiwna, to przecież wiemy, że nie o to w tych filmach chodzi :)

Na zachętę dwa zdjęcia:




 
1 , 2 , 3
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
0. Email
0. Wyzwania prowadzone przeze mnie
1a. Przeczytane
1b. 2012
1c. 2011
1g. Książkowe - blogi
1h. Książkowe - różne
2a. Stosikowe losowanie u Anny
2b. Wyzwanie - Projekt Nobliści
2c. Rosja w literaturze
2d. Francuska Kawiarenka Literacka
2e. Wyzwanie - Od zmierzchu do świtu
2f. Wyzwanie - Nagrody literackie
2g. Wyzwanie - Bracie, siostro, rodzino
2h. Wyzwanie - Amerykańskie Południe w literaturze
2i. Wyzwanie - Kraje nordyckie
2j. Wyzwanie - Literatura na peryferiach
2k. Wyzwanie - Kolorowe czytanie
2l. Wyzwanie - Podróże w czasie
Czas wolny
Domowe inspiracje
Filmy
Przepisy różne, osobiście przeze mnie wypróbowane
Ulubione
Ze szczególną rekomendacją
Tagi
Spis moli